Gdyby żył, w lipcu świętowalibyśmy Jego 70. rocznicę urodzin. Ksiądz Eugeniusz Dutkiewicz nie żyje jednak od 15 lat. Wielu z nas wciąż Go pamięta, ale wielu nawet nie poznało. Wprawdzie dzięki pozostawionym tekstom, w których chory człowiek stoi w centrum opiekującego się nim zespołu hospicyjnego, oraz rozmachowi ruchu paliatywno-hospicyjnego, jest dla nich wielkim autorytetem, to już z rozmazanymi konturami postaci. Jaki był ksiądz Dutkiewicz? Co lubił? Czym przyciągał do siebie ludzi? Wspomina dr Ewa Śmigielska-Stolarczyk.

 

Jaki był Ksiądz Eugeniusz? Gienek, bo mówiliśmy sobie po imieniu. Raczej wysoki. Wysoki i szczupły, najczęściej z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. Od pierwszej chwili sprawiał sympatyczne wrażenie.

 

Chodził w sutannie?

Różnie. Kiedy gościliśmy Go u siebie w domu, przychodził po cywilnemu. Chętnie jadł, chociaż w ogóle tego nie było po Nim widać. Bardzo lubił czekoladę. Potrafił jedząc kawałki czekolady,  popijać je gorącą czekoladą z filiżanki. Lubił towarzystwo, bywał tu i tam, przychodził na spotkania, ale wychodził z nich po angielsku. Najczęściej nie siedział do końca.

 

Mówił swobodnie, spokojnie, ale przy tej swojej łagodności miał  jasno sprecyzowane własne zdanie.

 

W tamtym okresie byłam związana z ruchem oazowym, wówczas w polskim kościele czymś nowym i często krytykowanym. Prowadziłam grupę rozważającą fragmenty Pisma św. Któregoś dnia, kiedy Gienek do nas przyszedł i rozmawialiśmy o tym moim zaangażowaniu, okazało się, że on też był dość sceptyczny. Nie rozumiał, dlaczego dałam się w to wciągnąć. Kiedy jednak pokazałam mu materiały, na podstawie których prowadziłam spotkania, zmienił zdanie.

 

Potrafił być wspaniałym przyjacielem. Jacek Krenz, nasz wspólny znajomy, mówił, że Gienek daje ludziom pożyć”. Drugiemu zostawiał przestrzeń. Rozumiał, że człowiek świecki ma sporo swoich obowiązków i uważał, że one powinny być na pierwszym miejscu. Przy nim czuło się swobodnie.

 

Pamiętam naszą wspólną wyprawę do Australii. Któregoś dnia pobytu kupowałam dla wnuka maskotkę misia koala. Cena była bardzo wysoka i Gienek stanowczo zaprotestował. Chyba wydawało mu się absurdalne, by na zabawkę przeznaczyć tyle pieniędzy. Zaraz jednak wyszedł ze sklepu, by dalej nie okazywać mi swojej irytacji.

 

Był estetą, wystarczy popatrzeć na hospicjum i kościół Pallotynów przy ul. Curie-Skłodowskiej w Gdańsku. Przy czym nie chodziło tu o piękno dla samego piękna. Zawsze dążył do uzyskania efektu głębi. Na przykład chciał, aby kościół był jak Dom Chleba. Podstawę ołtarza utworzyły więc kłosy i nie tylko dlatego, że one są ładne. Również płaskorzeźby na ścianach przedstawiają ewangeliczne sceny związane z rozmnożeniem chleba i Siewcą. No i wszystko musiało być wykonane z porządnych materiałów. Nie lubił prowizorki, bylejakości. Miał swoje wyraźne wizje, wiedział, co i jak ma wyglądać. To czasami rodziło oczywiste konflikty z wykonawcami.

 

Kiedy myślę o Eugeniuszu, najbardziej brakuje mi Jego umiejętności niesienia pomocy ludziom zaplątanym życiowo. Bywało, że umawiałam z Gienkiem kogoś, kto znalazł się w trudnej życiowo sytuacji i wiedziałam, że będzie dobrze. Gienek był franciszkowy, umiał towarzyszyć ludziom pogubionym. Nie tak dawno spotkałam koleżankę, którą kiedyś poznałam z Gienkiem. I ona mi za to, po latach, podziękowała. To było dla niej przełomowe spotkanie. Poza Gienkiem kogoś z takim charyzmatem do ludzi w poprzek, bo tak ich życie ustawiło, nie spotkałam.

 

W czym wyrażała się ta charyzma?

Eugeniusz absolutnie nie był formalistą. To mogło utrudniać pracę organizacyjną, ale w relacjach z drugim człowiekiem przełamywało błyskawicznie bariery. Nie pytał, czy ktoś żałuje, tylko słuchał, słuchał, słuchał. I na końcu mógł powiedzieć: Wiesz, ty właściwie jesteś już po spowiedzi. Miał dar bycia z drugim człowiekiem naprawdę. W cierpieniu, w jego problemach i w jego radościach. Dużą grupą, dla której Jego dar słuchania miał wielkie znaczenie, był personel szpitala. Jego obecność na oddziale była ważna nie tylko dla pacjentów, ale i dla pielęgniarek.

 

A wszystko to miało swoje źródło w Jego głębokim związku z Chrystusem. Człowiek, który nie ma własnego głębokiego życia wewnętrznego, nie jest w stanie zejść w głębokości drugiego człowieka i pomóc mu. On je miał i On mógł.

notowała Magda Małkowska

Tekst pochodzi z kwartalnika „Hospicjum to też Życie” nr 2017 (51) 3, cały numer dostępny tutaj

 

Przekaż darowiznę online

kwota:

Zapraszamy na Głosy dla Hospicjów

Kampania

Fundacja Hospicyjna

Konto
72 1540 1098 2001 5562 4727 0001
KRS 0000 201 002

Dołącz do TUMBOteamu!

Księgarnia