Obrazy Jolanty Gmur zapraszają do zatrzymania się i uważnej rozmowy z samym sobą. Wyrastają z doświadczenia życia, potrzeby bliskości i miłości. Artystka, pozostająca pod opieką domowego hospicjum, wciąż tworzy, traktując sztukę jako przestrzeń sensu i obecności.
O pasji tworzenia opowiada Jolanta Gmur – malarka i graficzka, dla której sztuka jest sposobem bycia w świecie.

Kim Pani jest i co jest dziś dla Pani najważniejsze?
Jestem malarką i graficzką. Od wielu lat zajmuję się sztuką i obecnie jest ona dla mnie najważniejszym obszarem życia. Kluczowe jest dla mnie tworzenie oraz bycie blisko tego, co naprawdę ma znaczenie – rodziny, bliskich, przyjaciół oraz szeroko rozumianej miłości.
Sztuka daje mi siłę do działania i energię do przeżywania każdego dnia.
Nawet samo myślenie o szkicach jest dla mnie impulsem do podejmowania kolejnych kroków i rozpoczęcia nowych działań. Obecnie moja twórczość koncentruje się wokół dwóch głównych tematów: miłości i sztuki.
Jak zaczęła się Pani droga artystyczna? Kiedy malowanie stało się ważną częścią Pani życia?
Sztuka i malowanie towarzyszyły mi od zawsze. Już od najmłodszych lat miałam poczucie, że właśnie z tym chcę związać swoje życie – także zawodowo. W wieku przedszkolnym wiedziałam, że ukończę liceum plastyczne i akademię sztuk pięknych.
Od dziecka konsekwentnie podejmowałam kroki, by rozwijać swój warsztat. Uczestniczyłam w zajęciach plastycznych, gdzie ćwiczyłam rysunek, portret, martwą naturę oraz malarstwo. Pracowałam zarówno nad formą, jak i nad uważną obserwacją obiektów – od postaci po kwiaty i przedmioty.
Kolejnym etapem było liceum plastyczne w Gdyni, które dało mi solidne podstawy techniczne, a jednocześnie poczucie twórczej wolności. Następnie studiowałam w Lublinie oraz we Francji. Oprócz malarstwa zajmowałam się również grafiką, przede wszystkim litografią, która stała się moją specjalizacją dyplomową.
Sztuka jest dla mnie uniwersalnym językiem wyrażania myśli i emocji. Posługuję się różnymi mediami – malarstwem, grafiką, tworzę także obiekty oraz filmy wideo. Jednak to właśnie malarstwo pozostaje dla mnie najbardziej bezpośrednią i naturalną formą wypowiedzi artystycznej.
Jak opisałaby Pani swoją twórczość osobie, która po raz pierwszy spotyka się z Pani obrazami?
To pytanie jest dla mnie jednocześnie trudne i bardzo ciekawe. Moje malarstwo ma charakter abstrakcyjny i w dużej mierze koncentruje się na kolorze oraz na tym, jak kolor oddziałuje na odbiorcę. Zarówno kompozycja, jak i barwa nie są w moich obrazach przypadkowe – są wcześniej zaplanowane i sprawdzane w mniejszych szkicach, które pozwalają mi ocenić efekt końcowy na większym formacie.
Gest malarski również nie jest spontaniczny w sensie przypadkowości – jest przemyślany i wypracowany. Każdy obraz powstaje w procesie, który prowadzi mnie od idei do finalnej formy.
Interesujące jest dla mnie to, co widzą odbiorcy, spotykając się z moimi pracami po raz pierwszy. Bardzo często pojawiają się skojarzenia ze zwierzętami – uciekającymi sylwetkami, dynamicznymi formami. Zdarza się, że ktoś dostrzega konkretne kształty, jak choćby węża, co pokazuje, jak silnie osobiste doświadczenia wpływają na odbiór obrazu.



Dla mnie te formy są raczej splotem myśli i emocji, które przechodzą od ciemniejszych tonów do jaśniejszych. Podobnie jak w nas samych – zmieniają się nastroje, pojawiają się różne impulsy. Ostatecznie to właśnie kolor pozostaje najważniejszym i najsilniej oddziałującym elementem mojej twórczości.
Jakie kolory najbardziej lubi Pani wykorzystywać w swoim malarstwie?
Przez wiele lat najważniejszym kolorem w moim malarstwie był błękit. Powstało bardzo dużo obrazów utrzymanych w odcieniach błękitu i ultramaryny. Z czasem pojawił się etap intensywnej pracy z żółciami i czerwieniami, a obecnie coraz częściej sięgam po fiolety.
Traktuję to jako naturalne poszukiwanie zmiany i nowej energii w twórczości. Najbliższe są mi kolory mocne, wyraziste, intensywne – to one najlepiej oddają emocje, z którymi pracuję.
Wiem, że obecnie trwa Pani wystawa w samym sercu Stoczni Gdańskiej – Grid Art. Hub. Czym dla Pani jest obecność w malarstwie?
Obecność w malarstwie rozumiem jako „tu i teraz”. W moim abstrakcyjnym malarstwie gestu nie pracuję bezpośrednio pod wpływem silnych emocji. Nie maluję ani wtedy, gdy jestem zdenerwowana, ani wtedy, gdy przeżywam intensywne szczęście. Zawsze staram się wcześniej przygotować mentalnie do pracy nad obrazem.
Polega to na wewnętrznym wyciszeniu – sprowadzeniu myśli i emocji do pewnego rodzaju pustki, a nawet nicości. Dzięki temu gest, który pojawia się na płótnie, staje się bardziej uniwersalny i ponadczasowy. Nie jest związany z jedną, konkretną emocją, która przecież jest chwilowa i przemijająca.
Zależy mi na utrwaleniu czegoś trwalszego – wartości, z którą można się utożsamiać przez dłuższy czas. Moment tworzenia jest więc chwilą pełnej obecności: spotkaniem z farbą, płótnem i gestem. To właśnie w tym akcie materializuje się moja obecność.
Każdy obraz jest dla mnie także zapisem czasu. Jest materializacją konkretnego momentu – świadectwem tego, że w danym czasie coś powstało. W ten sposób malarstwo staje się zapisem obecności i trwania.
Czym jest dla Pani malowanie w sytuacji choroby? Formą pracy, praktyką duchową, sposobem bycia?
Malowanie jest dla mnie przede wszystkim sposobem bycia. Jest tak głęboko zakorzenione we mnie, że nie potrafię wyobrazić sobie życia bez sztuki. To nie jest coś, z czego można zrezygnować – to część mojej tożsamości.
Z mojego doświadczenia wynika, że sztuka potrafi ratować życie. Wiele razy słyszałam to również od innych artystów. Rozmawiałam o tym niedawno z koleżanką, która potwierdziła, że sztuka pomogła jej przetrwać trudne momenty. Znam także artystę chorego na nowotwór, który – mimo choroby i fizycznych ograniczeń – tworzył, stawiał sobie cele i realizował je. Ta praca stała się dla niego formą ocalenia.
Tworzenie daje siłę, by trwać, by nie rezygnować, by oddawać światu to, co w nas najważniejsze. W obecnej sytuacji działam w tych obszarach, na które mam realny wpływ. Jeśli mogę malować, tworzyć, realizować projekty – to właśnie tam koncentruję swoją energię.
Oczywiście ciało przeszło wiele i pewnych rzeczy nie mogę już robić tak, jak wcześniej. Musiałam zrezygnować z części działań i dostosować się do nowych możliwości. Jednak skupienie się na tym, co wciąż jest możliwe, daje ogromną siłę. I tego właśnie staram się trzymać.

Jak choroba wpływa dziś na Pani sposób pracy, gest malarski i relację z własnym ciałem?
Relacja z ciałem zmieniła się w znaczącym stopniu. Ciało jest słabsze, a dni bywają bardzo różne – czasem lepsze, czasem gorsze. Zdarzają się momenty, kiedy trudno wstać z łóżka, ale są też dni, w których pojawia się więcej energii. Wtedy staram się ją uchwycić i wykorzystać najlepiej, jak potrafię.
Niedowład lewej strony ciała wpływa na motorykę i sposób pracy. Nie mogę już wykonywać pewnych ruchów – kucać, schylać się czy malować dużych formatów na podłodze, tak jak wcześniej. Musiałam zmienić organizację pracy: dziś obrazy powstają na podwyższonym blacie, który pozwala mi pracować w bardziej dostosowanej do ciała pozycji.
Zmieniły się także formaty – obecnie są mniejsze, bardziej szkicowe, często traktowane jako próby i przygotowania. Wciąż jednak wierzę, że przyjdzie taki moment, kiedy ciało wróci bliżej swojej dawnej sprawności. Pozostawiam to otwarte.
Jak wygląda Pani codzienność pod opieką hospicjum domowego? Co daje Pani ta forma wsparcia?
Przede wszystkim daje mi poczucie bezpieczeństwa. Świadomość, że w sytuacji kryzysowej mam bezpośredni dostęp do lekarza i pielęgniarki, jest dla mnie niezwykle ważna – zwłaszcza że moje leczenie obejmuje chemioterapię połączoną z immunoterapią, a reakcje organizmu bywają nieprzewidywalne.
To poczucie zabezpieczenia dotyczy nie tylko mnie, ale także mojej rodziny. Wiemy, że w razie potrzeby nie musimy jechać na SOR ani przechodzić przez skomplikowane procedury. Mamy kontakt z osobami, które znają mój przypadek i wiedzą, jak reagować. To ogromna ulga.

Bardzo istotna jest również pomoc psychologiczna. Opieka hospicyjna dba nie tylko o ciało, ale także o umysł. Możliwość rozmowy, bycia wysłuchaną, a czasem także zrozumienia i nazwania tego, co się przeżywa, jest niezwykle ważnym elementem codzienności.
Czy opieka hospicyjna wpływa nie tylko na poczucie bezpieczeństwa, ale także na spokój i możliwości twórcze?
Tak, zdecydowanie. Myślę o tym w sposób bardzo holistyczny. Opieka hospicyjna, poczucie bezpieczeństwa, które ona daje, oraz moja własna praca – zarówno twórcza, jak i wewnętrzna – łączą się w jedną całość. Dzięki temu codzienność staje się spokojniejsza i łatwiejsza do przeżycia.
To poczucie opieki jest ważne nie tylko dla mnie, ale również dla mojej rodziny. Bliscy mają świadomość, że jestem zaopiekowana, a z ich barków zostaje zdjęta część ciężaru i stresu.
Wiedzą, że nie muszą być odpowiedzialni za wszystko i że w trudnych momentach jest ktoś, kto profesjonalnie reaguje. To daje im przestrzeń na oddech, a mnie – na spokój i możliwość skupienia się także na tworzeniu.
Czy poza malarstwem znajduje Pani przestrzeń na inne formy spędzania czasu? Jak wygląda Pani codzienność?
Oczywiście. Malarstwo jest bardzo ważne, ale nie wypełnia całej mojej codzienności. Mam wokół siebie wspaniałych przyjaciół, którzy odwiedzają mnie, z którymi spędzam czas przy wspólnych kolacjach i rozmowach. Kiedy mam więcej siły, staramy się wychodzić – do restauracji, na spacery. Szczególnie przed rozpoczęciem chemioterapii, po radioterapii, było to łatwiejsze, bo pogoda sprzyjała.
Teraz, zimą, bywa trudniej – jest ślisko, trzeba uważać, ale mimo wszystko staramy się żyć możliwie normalnie. Razem z partnerem nie chcemy ograniczać się myśleniem o chorobie. Jeśli mamy siłę i możliwość, by gdzieś wyjść lub coś zrobić, korzystamy z tego. Oczywiście są też słabsze dni, szczególnie po chemioterapii, i wtedy pozwalam sobie na odpoczynek i regenerację.
Bardzo pomaga mi rehabilitacja i fizjoterapia. Jeszcze niedawno przez kilka tygodni nie chodziłam, a dziś poruszam się samodzielnie i widzę realne efekty tej pracy. Choć lewa strona ciała wciąż jest słabsza, staram się nie skupiać na ograniczeniach, ale na tym, co jest możliwe.
Myślę, że ogromnie dużo zależy od nastawienia. Nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro, dlatego warto korzystać z tego, co jest tu i teraz. Łapać to, co piękne, być obecnym, żyć możliwie pełnie. Wierzę, że warto walczyć, działać i nie rezygnować – bo obecność i życie dzieją się właśnie teraz.
Czego najbardziej chciałaby sobie Pani życzyć „tu i teraz”?
Przede wszystkim chciałabym, żeby ustąpiły skutki uboczne leczenia – zwłaszcza opuchlizna spowodowana sterydami, które bardzo obciążyły moje ciało. Marzę o tym, by poczuć się lżej, bardziej swobodnie we własnym ciele.
Poza tym życzę sobie spokoju. Spokój jest dla mnie dziś niezwykle ważny. I oczywiście zdrowia.
Czy chciałaby Pani coś dodać na zakończenie dzisiejszego wywiadu – jakieś przesłanie dla naszych podopiecznych lub dla ludzi?
Wydaje mi się, że nawet w najtrudniejszych, najbardziej beznadziejnych sytuacjach można odnaleźć coś dobrego i pięknego. Choroba pojawiła się w moim życiu nagle – bardzo szybko trzeba było reagować, podejmować leczenie, wszystko było ogromnym zaskoczeniem. Dla mnie i dla moich bliskich.
A jednak właśnie w tej trudnej sytuacji doświadczyłam wielu pięknych historii. Zobaczyłam, jak wielu wspaniałych ludzi mnie otacza, ile otrzymuję od nich wsparcia, spokoju, modlitwy i dobrej energii. Czuję ogromną wspólnotę i wielką miłość – coś, czego być może nie doświadczyłabym w takiej skali, gdyby nie choroba.
W tej pozornej beznadziei dzieje się bardzo dużo dobra. Życzę każdemu, aby mógł tego dobra i tej miłości doświadczyć, aby otaczał się ludźmi, którzy dają siłę, spokój i poczucie sensu.
Bardzo dziękuję. Życzę wszystkiego dobrego.
Wywiad przeprowadziła:
Karolina Bartoszewska
Fundacja Hospicyjna






