Ewelina – Niepewna

Ewelina ma teoretycznie świat u stóp. Wszystko się jeszcze może zdarzyć – młode życie, jak w piosence „słodkie i miłe”, najczęściej po brzegi wypchane jest śmiałymi planami, pełne różnych pomysłów i marzeń.

Za to z jedną rolą, bo nastolatki – fantaści usprawiedliwieni metryką, chcą być tego życia królami. Chyba że kazano im zbyt szybko dorosnąć... Tak jak Ewelinie, która już od dawna nie ufa szczęśliwym zakończeniom bajek.
W domu było ich troje: Ewelina najstarsza, potem Beata i benjaminek Piotruś. Mieszkali w jednym pokoju z rodzicami, niewielkie mieszkanie dzieląc z dziadkami. Ciasno, ale przynajmniej do siebie blisko. Zresztą teraz ówczesne problemy wydają się im jakby z innej galaktyki. Byli zdrowi i byli wszyscy.
Kiedy 6-letnia Beata zachorowała, na początku nic nie zapowiadało dramatu. Wkrótce po raz pierwszy padł termin: „neuroblastoma” i konieczna stała się pełna rodzinna mobilizacja. – Przez dwa lata dwójkę moich pozostałych dzieci praktycznie wychowywali dziadkowie. Mąż musiał dużo pracować, a ja wciąż byłam z Beatką w szpitalu – wspomina dzisiaj mama Marzena. Kiedy stwierdzono, że chorej może pomóc przeszczep szpiku, najbardziej idealnym dawcą okazała się... właśnie Ewelina. Ówczesna 11-latka na zabieg przystała z wielką radością. – Czy siostry się kochały? Proszę pani, relacje między nimi były po prostu piękne – słyszę.
Niestety zarówno ta, jak i inne operacje zdały się na nic. Tydzień przed śmiercią lekarze skapitulowali i Beata wróciła do domu. To wtedy, na krótko, została podopieczną Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci. – Tak się cieszyła, że wraca do domu – mówi mama.
Co było nieuchronne, nadeszło. Beata zmarła w domu 21 marca 2011 roku, na skutek wewnętrznego krwotoku. Po śmierci siostry Ewelina, zawsze spokojna i ze skłonnościami do introwertyzmu, zamknęła się w sobie jeszcze bardziej. W słuchawkach na uszach, z których płynęła ulubiona hinduska muzyka, coraz częściej chwytała za ołówek i rysowała swój świat. Niewielu zna jej prace, zamykane skrzętnie w szufladzie albo chowane między kartkami pamiętnika. Może ewentualnie ta jedna koleżanka, która czasami ją odwiedza, bo Ewelina większego towarzystwa nie potrzebuje.
Właśnie skończyła drugą klasę gimnazjum o profilu geograficzno-turystycznym i wkrótce przyjdzie pora na wybór nowej szkoły. Raczej zawodowej, do tego Ją przynajmniej przekonują rodzice, pragnący, by córka szybko znalazła konkretny fach. Łatwo powiedzieć, ale tak ważna decyzja najprawdopodobniej podejmowana będzie w wielkim wewnętrznym galimatiasie. I w absolutnej niewierze we własne możliwości – Do niczego się nie nadaję – powtarza Ewelina niczym mantrę. – O niczym nie mam zielonego pojęcia.
Ewelina jeszcze nie wie, co będzie robić, ale pracować musi, by wreszcie kiedyś zarobić na swoje wymarzone mieszkanie. Może być bardzo malutkie, ale bez bolesnych wspomnień i obowiązkowo z kotem, bo do kotów czuje słabość. Na razie ma psa, jeszcze ma, bo Pikuś liczy sobie już 17 wiosen i pewno niedługo przyjdzie się z nim pożegnać. – Dlatego to takie ważne, że czasami wyjeżdża – przyznaje mama. – Tak jak teraz, na hospicyjne kolonie. Dodajmy, że mieszkający za ścianą dziadek zmarł na 4 miesiące przed odejściem Beaty, a babcia jest poważnie chora.
Wkrótce po śmierci Beaty Jej rodzeństwo znalazło się pod opieką Funduszu Dzieci Osieroconych. Z okazji Dnia Dziecka Ewelina i Piotrek otrzymują prezenty, a w trakcie roku szkolnego tzw. wsparcie edukacyjne, umożliwiające nadrobienie zaległości w nauce.
W najbliższej przesyłce dla Eweliny poproszę jeszcze o różowe okulary, kalosze szczęścia i czterolistną koniczynę. Wszystkie od razu hurtem, by ta młodziutka dziewczyna na nowo uwierzyła i w siebie, i w życie, które czasami przecież może nawet przypominać dobrą bajkę.