Przy okazji tegorocznej majówki, przypominamy Wam tekst Ani Kulki-Doleckiej, opublikowany w kwartalniku "Hospicjum to też Życie" w 2015 r., nr (41) 1

Nie-bajka

Posłuchajcie opowieści o pewnej krainie. Aby się w niej znaleźć, należy obrać kierunek na stację Odpoczynek. Dlatego w skrócie nazwę to miejsce Krainą O. Istnieje ona naprawdę wszyscy w niej bywamy. Naukowcy zmierzyli ją wzdłuż i wszerz, i przeprowadzili tysiące badań. Ponad wszelką wątpliwość udowodniono zbawienny wpływ regularnego odwiedzania O na zdrowie i dobrostan człowieka. Wiadomo, że pobyt tam regeneruje siły, rozluźnia ciało i ożywia ducha. Dodaje nowej energii i odświeża spojrzenie na życie. Poza tym istnieją niepodważalne dowody na to, że niewystarczające (zbyt rzadkie lub zbyt krótkie) przebywanie w jej granicach przynosi opłakane skutki. Fizyczne dolegliwości i brak satysfakcji z życia to tylko niektóre z nich. Liczne doświadczenia i obserwacje pokazują, że miejsce to jest niebywale różnorodne. Oferuje tak bogatą ofertę, że każdy, dosłownie każdy, może gościć w nim na swój jedyny sposób. A najwspanialsze zachowałam na koniec: pobyt w „O jest dostępny dla każdego, kto naprawdę chce się w niej znaleźć.

Mimo to, a być może właśnie dlatego, różni ludzie w różnym stopniu korzystają z uroków O. Niektórzy przenoszą się do Krainy zawsze wtedy, gdy tego potrzebują lub kiedy tylko zechcą. Jest to dla nich łatwe i naturalne. Przebywają tam tak długo, aż nasycą się jej dobrodziejstwami, po czym wracają do swoich zajęć. Inni odwiedzają ją nieregularnie lub zbyt rzadko. Są i tacy, którzy umiejętność docierania do O zupełnie tracą nie znają już do niej drogi. Staje się ona dla nich krainą niemal mityczną, taką Nibylandią. Dużo o niej słyszeli, ale nie do końca wierzą, że ją jeszcze kiedyś odwiedzą. Myślą: Podróż do Krainy O? to zbyteczny luksus, za duże przedsięwzięcie, nie dla mnie, nie teraz, niemożliwe, nie mogę, nie muszę…”. Albo starają się przekonać siebie, że pobyt tam właściwie do niczego nie jest im potrzebny i mogą się bez niego obejść. Czy na pewno? Ich ciała i umysły bezwzględnie dają im do zrozumienia, jak bardzo się mylą...

Czasem przyczyna odcięcia się człowieka od Krainy O tkwi w nim samym. W jego destrukcyjnych przyzwyczajeniach, bezrefleksyjnej pogoni za kolejnymi zadaniami i celami, braku wrażliwości na sygnały płynące od wycieńczonych ciała i duszy.

Jednak niektórym wędrowcom realne przeszkody na trasie do życiodajnej Krainy ustawia rzeczywistość. Miejsce w życiu, w którym aktualnie przebywają, i związana z nim codzienność sprawiają, że ich droga do Krainy jest dużo dalsza i bardziej wyboista. Mimo że w Krainie O chcieliby pobyć choć chwilę, to wciąż im się to nie udaje. Z czasem, na skutek bezsilności, mogą przestać podejmować próby podróżowania w tamtą stronę. Może to i dla nich lepiej?

 

Zmęczenie nasze powszednie

Od siedmiu lat pielęgnuję w domu swojego niepełnosprawnego synka Pawełka, będącego pod opieką domowego hospicjum dla dzieci. Od tego czasu słowo zmęczenie nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia. Opieka nad ciężko chorym dzieckiem, oceniana na chłodno, tylko jako praca, jest dwudziestoczterogodzinną, znojną harówką. Wydaje się, że nie ma tam miejsca, czasu, a niekiedy również sił i chęci na odpoczynek. Rodzice dzieci hospicyjnych wiedzą, co mam na myśli. Nie jest to zwykłe zmęczenie pracą lub brakiem snu. Do wyczerpania fizycznego dołącza również to dużo bardziej niebezpieczne – psychiczne zmęczenie codziennością.

Zmęczenie fizyczne związane jest z olbrzymią ilością czynności, które trzeba wykonać każdego dnia. Nasze dzieci często są zupełnie niesamodzielne, więc karmimy je, myjemy, przewijamy, przebieramy, podajemy leki, rehabilitujemy, odsysamy, dbamy o ich zabawę, rozwój, spotkania ze specjalistami i… to tylko początek wyliczanki. Zazwyczaj śpimy za mało, a czasem wcale, nasz sen nie jest ciągły – w nocy przewijamy, poimy, przewracamy na drugi bok, odsysamy. Podstawowy zestaw czynności rośnie lawinowo, gdy pojawiają się: załamanie choroby, kryzys, najzwyklejsza infekcja. Całą tę mrówczą pracę wykonać po prostu trzeba. Nie ma czynności bardziej i mniej ważnych, są tylko te konieczne i absolutnie niezbędne. Nie wybawią nas weekendy, święta, urlopy ani zwolnienie lekarskie. Wszystko należy zrealizować niezależnie od chęci, aktualnej dyspozycji czy stanu zdrowia. Są to czynności na wagę życia – od większości z nich zależy być albo nie być naszego unieruchomionego chorobą dziecka. A wykonujemy je nie przez dzień, dwa ani nie przez kilka tygodni. Zazwyczaj są to miesiące, a często lata. W przypadku choroby postępującej, wraz z upływem czasu pogarsza się stan chorego. Pojawia się tu niezbyt optymistyczna zależność: im dłużej opiekujemy się ciężko chorym bliskim, tym bardziej narasta nasze zmęczenie, a jednocześnie rośnie ilość obowiązków.

Brak światełka w tunelu?

Długotrwała powtarzalność podobnych do siebie dni, brak pozytywnych perspektyw związanych ze zdrowiem dziecka i własną sytuacją życiową, a jednocześnie ciągła mobilizacja i niepokój – to wszystko przyczynia się do ogromnego zmęczenia psychiki. Jest ona narażona na niezwykłą mieszankę wybuchową. Sytuacja, w jakiej się znajdujemy, wymaga zwiększonego wysiłku, jest obciążająca i niesie duży ładunek stresu, a zarazem cechuje ją rutyna i monotonia.

Czy taki rodzaj zmęczenia da się zrekompensować? Czy regeneracja jest w ogóle możliwa? Czy przeciążenie ciała i eksploatacja psychiki zbiorą prędzej lub później żniwo w postaci syndromu wypalenia, depresji i chorób somatycznych? Być może to nasze przeznaczenie, z którym musimy się pogodzić?

Puenta nie-bajki o życiodajnej Krainie „O” mogłaby więc być fatalistyczna. Na przykład: „Życie to nie bajka, czasem jest niesprawiedliwe i niektóre jego uroki nie są dostępne dla każdego”.

Odpocząć żeby żyć

Stop! Nieprawda! Jako autorka Nie-bajki mam prawo się zbuntować. Wszak stacja Odpoczynek otwarta jest dla wszystkich podróżnych. A co ważniejsze, odwiedzanie jej jest konieczne, aby żyć. Jest tak samo konieczne jak pożywienie. Niezbędne każdemu. Przecież tak samo potrzebują jej ci, którzy przenoszą się do niej bez wysiłku, od niechcenia, jak i Ci, którzy muszą pokonać nietypowe przeszkody, żeby trochę tam pobyć. Jeśli Ci drudzy nie zrobią wszystkiego, żeby docierać i regularnie bywać w Krainie „O”, jeśli nie zaprą się, nie postawią wszystkiego na jedną kartę, jeśli skapitulują – nie przeżyją. Może zatem trafniejszą puentą będzie: „Życie nie jest sprawiedliwe, bo niektórzy muszą wkładać mnóstwo wysiłku, aby uzyskać coś, co należy się każdemu i bez czego nie da się żyć”. To nie będzie jednak puenta – to dopiero początek. Oprócz wysiłku i samozaparcia, tym specjalnym wędrowcom potrzebne są jedyne w swoim rodzaju drogowskazy i zasady poruszania się po ich drogach do Krainy „O”.

Wiem o tym, bo sama, opiekując się chorym synkiem, od wielu lat ćwiczę się w odnajdywaniu alternatywnych ścieżek, przeskakiwaniu kłód, opracowywaniu sprytnych strategii, robieniu chytrych podchodów i zręcznych sztuczek. Wszystko po to, żeby móc odpoczywać. Inaczej nie przetrwam (dosłownie!).

Drogowskazy

To, co myślę o świecie, swoim życiu i własnym na nie wpływie, jest punktem wyjścia do wszystkich dalszych działań i wyborów. Te przekonania mogą być kulą u nogi. A mogą też być moim paliwem – źródłem siły wytyczającej własną trasę do odpoczynku.

Po pierwsze, warto przekonać siebie, że fakt posiadania chorego dziecka nie wyklucza mnie z tego świata. Myślenie, że zostałam wyrzucona gdzieś na ubocze głównego nurtu życia i jedyne, co mi pozostaje, to pokornie i cicho poświęcić się dziecku, jest wyniszczające. Pociąga za sobą przekonanie, że niektóre oczywiste przywileje życia są nieosiągalnym dla mnie luksusem. Przeciwnie: tak samo jak wszyscy, mam prawo do bycia szczęśliwą i zdrową, a moje życie może być piękne i pełne dobrych przeżyć.

Po drugie, należy nieustannie nadawać wielką wagę i sens odpoczynkowi. Trzeba ciągle od nowa uzmysławiać sobie, że jest on w mojej sytuacji tak niezbędny jak powietrze. Warto przypominać sobie, jakie są objawy wypalenia, aby móc je u siebie rozpoznawać i traktować niczym sygnały ostrzegawcze nadciągającej katastrofy. Bo nurt codzienności – nieustający korowód życiowych wymagań – jest nachalny i agresywny, porywa cały mój czas i zagarnia wszystkie myśli. Łatwo się zapomnieć. Pamiętanie o konieczności odpoczynku jest możliwe tylko dzięki surowej wewnętrznej dyscyplinie.

Po trzecie, pozostaje mi wziąć sprawy w swoje ręce i działać. Podejmuję decyzję, że będę świadomie dążyć do tego, aby odpoczywać. I to nie będzie jednorazowa akcja – nie chcę tylko „odpocząć”. Ja będę odpoczywać – i to regularnie. Wiele zależy ode mnie, to moje życie i to ja mam na nie wpływ. Napiszę plan, przeanalizuję swój dzień, pomyślę, kto mógłby mi pomóc, jak mogę wykorzystać dostępne mi środki i moje warunki życiowe. Znalezienie czasu na odpoczynek w mojej sytuacji jest trudne, ale nie jest niemożliwe. Będę kreatywna, otwarta na niestandardowe rozwiązania i odważna. To moje wyzwanie i mój cel.

Gdy właściwie ustawię moje drogowskazy – moje myśli i przekonania – łatwiej będzie mi podtrzymać motywację oraz systematyczność w działaniu.

Odpoczynek szyty na miarę

Ponieważ codzienne zmęczenie nadwyręża i ciało, i psychikę, muszę zadbać o jedno i drugie. Zmęczenie fizyczne choć w części zrekompensuje regularna troska o mój organizm. Walka o każdą dodatkową minutę snu, żelazna dyscyplina codziennych ćwiczeń, nauka rozluźniania mięśni i głębokiego oddychania, dobre odżywienie i nawodnienie organizmu to podstawowe ABC dbania o ciało. Natomiast zmęczenie psychiczne mogę zrównoważyć tylko i wyłącznie odpoczynkiem dla ducha. Jeśli aktualnie moje codzienne życie przypomina rozpędzoną karuzelę – będę potrzebować wyciszenia. Jeśli ostatnio doskwiera mi nuda i monotonia – poszukam czegoś, co doda mi energii, rozkręci, dostarczy intensywniejszych bodźców. Jeśli na liście przeżywanych przeze mnie emocji pierwsze miejsce okupowane jest przez smutek, będę dążyć do przeżywania emocji przeciwstawnych, czyli radości i rozbawienia. Choćby na siłę, choćby, wydawało się, w sztuczny sposób. Jeśli czuję się wyizolowana od ludzi – spotkam się z rodziną, znajomymi, zadzwonię do dawno niesłyszanego przyjaciela. To, w jaki sposób zrealizuję poszczególne odpoczynkowe potrzeby, zależy tylko ode mnie – moich upodobań, zainteresowań, charakteru i temperamentu. Nieważne, czy będzie to książka, teatr, koncert, kibicowanie na meczu piłkarskim, oglądanie skeczów kabaretowych, rozwiązywanie krzyżówek, spokojny spacer, szybki trening biegowy, kawa z przyjaciółką, a może robienie szalika na drutach. Chodzi o to, by uświadomić sobie, co sprawia mi przyjemność i co mnie relaksuje. Jaka forma odpoczynku pozwoli mi akurat w tym momencie złapać oddech i oderwać się od rwącego potoku spraw.

Odpoczynek DO życia

Jednak odpoczynek ma o wiele większą wartość niż tylko urozmaicenie codzienności i niwelowanie zmęczenia. Jeśli wyobrażę sobie siebie jako półkę, na której ustawiono rozmaite ciężary (codzienny stres i trudne sytuacje), to jej wytrzymałość uzależniona jest od systemu umocnień i wsporników. Tymi wspornikami, dzięki którym nie złamię się pod ciężarem życiowych wyzwań, są moje indywidualne bogactwa zwane zasobami. Natłok obowiązków i trudnych sytuacji związanych z opieką nad chorym dzieckiem stale nadwyrężają moje punkty oparcia. Jednak cudowną cechą zasobów jest to, że mogę pracować nad ich rozwojem.

Odpoczynek pozwala te zasoby regenerować i gromadzić energię do dalszych działań. Warto więc o nim myśleć jak o inwestycji i nadawać mu głębsze znaczenie. Przy okazji przyjemnie spędzonej godziny lub dnia pogłębiam relacje z ludźmi i nawiązuję nowe znajomości. Buduję, tak ważną w obliczu życiowych przeciwności, sieć wsparcia społecznego. Poświęcając czas moim pasjom, umacniam pozytywny obraz siebie jako osoby zdolnej, wrażliwej, dociekliwej i wytrwałej. Gdy przekraczam własne możliwości i pokonuję słabości ciała, na przykład przemierzając biegiem kolejne kilometry, rośnie moje poczucie siły i własnej wartości. Utwierdzam się w przekonaniu, że niełatwo mnie złamać. Przeżywanie radości, zachwytu, zaciekawienia, ekscytacji sprawia, że buduję swój obraz świata jako pozytywnego miejsca, a nie tylko pełnego utrapień padołu łez. Odpoczywając, gromadzę pozytywne doświadczenia – uzupełniam własną kolekcję pięknych obrazów, dźwięków, spotkań i zdarzeń. Będą tylko czekały na przywołanie z pamięci w trudniejszych chwilach. Zatrzymując się, mam możliwość powrotu do moich wartości, do tego, co jest w moim życiu najważniejsze i podstawowe. Mogę spotkać się z samą sobą, poobserwować własne myśli i uczucia, i sprawdzić, czy idę w dobrym kierunku. Potem, dobrze wyekwipowana, bardziej pewnie i przytomnie wrócę do życia.

Odpoczynek wart zachodu

Mój odpoczynek wymaga dodatkowego wysiłku, ukierunkowanego tylko i wyłącznie na uczynienie go możliwym. Trzeba było znaleźć w rodzinie i poza nią osoby, które od czasu do czasu zastąpią mnie i męża w opiece nad Pawłem. Potem cierpliwie nauczyć każdego z osobna wszystkich czynności, które trzeba wykonywać przy chorym dziecku. A potem zaufać i wyjść z domu. Dobra organizacja i przygotowanie pozwalają zamknąć za sobą drzwi i przestać myśleć o tym, co dzieje się w domu. Solidnej pracy nad sobą wymagało przyjęcie założenia, że to mój święty czas regeneracji i jeśli będę się martwić, zwyczajnie go stracę. Potrzebna jest wiara, że osoba, która zostaje z moim synem, zrobi wszystko tak dobrze jak ja.

Musiało upłynąć trochę czasu, żebym nauczyła się otwarcie wyrażać swoje potrzeby – mówić innym osobom o tym, że chciałabym odpocząć, i prosić o tymczasowe wyręczenie mnie w opiece. Okazuje się, że nie wiąże się to z utratą godności i wzbudzaniem litości – ludzie bardzo chcą pomagać i czasem czekają tylko na sygnał. Nauczyłam się też zauważać i wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, aby dosłownie „wyrwać” choć trochę czasu dla siebie. Bywa, że w trakcie trwania domowej rehabilitacji syna lub wizyty hospicyjnej pielęgniarki wychodzę z domu, aby nacieszyć się kilkukilometrowym biegiem. Czasem to moja jedyna okazja w ciągu dnia do wyjścia na słońce i jedyna godzina tylko dla siebie. Planuję też różne rodzaje swojego wypoczynku z większym wyprzedzeniem. Dzięki temu osoby mi pomagające rezerwują swój czas, a ja nie mam wymówki, że jestem zbyt zmęczona i że nie chce mi się gdzieś wyjść lub wyjechać. Wielokrotnie przekonałam się, że do odpoczynku, zwłaszcza tego dla ducha, czasem trzeba się zmusić. Zmęczenie fizyczne podpowiada, żeby nigdzie się nie wybierać, że nie mam siły i nie dam rady. Jednak gdy przewalczę tę pokusę „nicnierobienia”, energia uzyskana z pozytywnych przeżyć w jakiś cudowny sposób odnawia i duszę, i ciało. Tak, muszę się nieźle namęczyć, żeby móc odpoczywać. Ale ciągle pamiętam o tym, jak wysoka jest stawka.

Po prostu tam być

A gdy już uda mi się dotrzeć do stacji Odpoczynek, staram się dany mi czas w pełni wykorzystać. Nawet jeśli jest to bardzo krótki pobyt, cieszę się nim i jestem za niego wdzięczna. Wciąż uczę się bycia w stu procentach tylko w teraźniejszej chwili. Myślę: „To cudowne, że właśnie teraz mogę tutaj być i nabierać sił”. Ta świadomość programuje mój umysł, emocje i wprowadza moje ciało w tryb regeneracji. Uczę się rozluźniać napięte mięśnie i oczyszczać umysł. Nie liczę upływającego czasu, nie przejmuję się, że jest go za mało i że nie zdążę odpocząć. Głębokie przeżywanie i uważność pozwalają mi regenerować się naprawdę szybko. Nie martwię się o to, co w domu ani o to, że za chwilę znajdę się z powrotem na wyboistej drodze, by od nowa przecierać szlak do Krainy „O”. Przez te siedem lat opieki nad moim chorym synkiem wielokrotnie doświadczałam nieznanych mi wcześniej, mrocznych tajemnic zmęczenia. Ale czuję, że uczęszczałam także na prawdziwy uniwersytet mistrzów odpoczynku.

Anna Kulka-Dolecka

 

 

Uśmiech Dziecka 2017

Przekaż darowiznę online

kwota:

#SamotnyBohater?

XIII kampania społeczna

 

Fundacja Hospicyjna

Konto
72 1540 1098 2001 5562 4727 0001
KRS 0000 201 002

Dołącz do TUMBOteamu!

Księgarnia